Opowiadanie to dedykuję: M.M.

Najwspanialszemu psychologowi-kobiecie,
którego spotkałem na mojej drodze życia.

Andrzej Setman




Przyszedłem nie po to, aby grzebać się w moim dzieciństwie, uzależnieniach od matki lub szukać nowych kompleksów do przepracowania. Nie w głowie mi dzisiaj jakaś tam analiza lub synteza. Dziś chcę, abyś mi wyjaśnił, abyś pomógł mi zrozumieć - coś, co nie pozwala mi zasnąć.

Mam nadzieję, że uda ci się wycisnąć z mojej nieskładnej opowieści jakiś sen, bo mnie się to nie udało, mimo, że cały czas myślę o tym i wciąż przeżywam na nowo -...

Skoro nie wiem jak rozpocząć - zacznę od środka.

W piątek wieczorem biegałem po hali lotniska - jak pies celników szukający narkotyków wśród bagaży. Przez kilka minut nie wierzyłem, że jej nie spotkam i nie wypowiem przetrenowanego przed lustrem: "miło cię zobaczyć".

Karambol zakorkował nie tylko drogę na lotnisko, ale także możliwość przeżycia tych paru sekund, gdy wyciąga dłoń na powitanie, a skrępowanie przyśpiesza rytm serca.

Wiedziała, że ją odbiorę. Jeszcze przed odlotem zadzwoniła do mnie, aby przypomnieć godzinę lądowania.

Przez cały, ten najdłuższy dla mnie, tydzień modliłem się, a raczej targowałem z Bogiem o jej życie. Gotów byłem Mu wszystko obiecać w zamian za pozostawienie jej na tym 'padole łez'. Nie potrafiłem zasnąć, a gdy wreszcie bladym świtem zapadałem w sen, już po kilku minutach budziłem się w pidżamie mokrej od potu.

Na ulicy, widok kobiecej postaci w niebieskiej sukience powodował skurcz serca - jakbym oczekiwał na telegram z zaświatów informujący o nieodwracalnym...

Jedyne, co zyskałem przez 7 dni ciągłego strachu, to było to, że żywiąc się tylko dymem papierosowym, straciłem 5 kilogramów.

Co z tego, że jacyś słynni chirurdzy uratowali ją wycinając chorą tkankę, skoro nie wszczepili jednocześnie nawet najmniejszej potrzeby kontaktu? Czy tak ma wyglądać powrót do życia? Gdybym to ja wracał z tamtej strony mgły, na pewno pragnąłbym spotkać wszystkich starych znajomych.

Obiecała mi ofiarować pół godziny potrzebne na dojazd z lotniska do dworca, ale nawet tego nie dała. Jej zachowanie było dla mnie zupełnie niewytłumaczalne. Spieszyła się do męża, fanatycznego przywódcy, żyjącego jedynie losem małoznaczącej partii?

Euforia oczekiwania na spotkanie zamieniła się w rozczarowanie, przytłaczające jak worek ziemniaków niesiony na plecach.

Pomyślałem, że wsiadła do taksówki, nie po to, by zdążyć na Intercity do Krakowa, ale aby mnie ukarać i udowodnić jak mało znaczę, że jestem dla niej nikim...

Tak myśleć mogłem tylko przez moment - nic mi się nie zgadzało.

Przysiadłem w hali lotniska na brzegu ławki, tuż obok sterty bagażu opalonych turystów, obcałowywanych przez uszczęśliwionych wieśniaków. Głośne okazywanie radości powitania obudziło we mnie nienawiść, jakby to oni ukradli mi wyczekiwane szczęście.

Przez głowę przebiegła myśl: "walnąć któregoś z nich w mordę" - ale zebrali bagaże i odeszli, zanim zamiar wprowadziłem w czyn.

Mijały minuty, a ja trwałem w bezruchu - przyklejony do ławki wściekłością, jakiej nie przeżywałem od kilku lat.

Poczułem, że za chwilę znów zwariuję.

Wybiegłem z hali.

Wyjeżdżając z parkingu zajechałem drogę jakiemuś kierowcy. W samochodzie siedzieli ci sami, rozradowani turyści. Nawymyślałem im w najordynarniejszy sposób od kretynów i z piskiem opon zostawiłem, osłupiałych z wrażenia.

Ulżyło mi trochę. Już po kilkuset metrach wstydziłem się chamskiego wybryku, może nawet zrobiło mi się żal, że popsułem bogu ducha winnym ludziom ostatnie chwile wakacji.

Złość przerodziła się w potworny żal, który tępym uściskiem chwycił za gardło. Postanowiłem wrócić do domu i urżnąć się w trupa, by nie czuć.

Kątem oka dostrzegłem paczkę przewiązaną czerwoną wstążką, leżącą na fotelu pasażera. W środku była poduszka na krzesło. Kupiłem ją na powitanie - zamiast kwiatów. Miała przed sobą wiele godzin jazdy pociągiem. Nie wiedziałem, czy nie przyjęłaby tego prezentu za aluzję. Czy nie poczułaby się jak inwalida otrzymujący protezę na powitanie?

Skąd to niby ja mam wiedzieć, jak należy zachować się po wycięciu raka wraz z połową tyłka?

Jedynie mogłem przypuszczać, że nie będzie jej wygodnie siedzieć na jedynym pozostałym pośladku i przyda się coś miękkiego pod dziurę po mięśniaku.

Dlaczego wypełniała mnie bezgraniczna pewność, że zaczeka?

To przecież ja wpieprzałem się ze swoją gotowością do pomagania i we mnie jest kretyńska potrzeba dawania prezencików, jakbym w ten sposób wyhandlował przyjemnością przebywania ze mną.

Czyżbym bał się odrzucenia, jak diabeł święconej wody i za wszelką cenę chciał być lubiany i podziwiany.?

Zapewne chciało się jej już rzygać od mojego nadskakiwania....

Ona miała prawo nie czekać nawet 5 minut. Wracała nie do mnie, a do swojej, nie widzianej od tygodnia, córki.

I jeszcze ten kretyński prezent! Zrozumiałem w końcu, że ze mną jest nie tak...

To ja powinienem się leczyć, a nie reszta świata!

Może korek uratował mnie przed kolejnym, jeszcze większym, rozczarowaniem?

Nigdy nie dowiem się, jak zareagowałaby na mój widok?

I wtedy przypomniałem sobie, co mi wpajałeś tyle razy: to ja sam mam dojść do wniosku, że nie jestem normalny, a nie ktoś inny ma mnie o tym przekonywać...

Do odjazdu pociągu pozostało jeszcze kilka minut. Zawróciłem w kierunku dworca.

Stała na peronie. Już na ruchomych schodach dostrzegłem charakterystyczny zielony plecak. Nie podbiegłem. Przyglądałem się z oddali...

W najtrudniejszym momencie, gdy niepewna o wynik operacji wsiadała do samolotu - promieniała nadzieją, że jeszcze będzie dobrze. Teraz, mimo że nie utraciła życia, a tylko jakiś tam mięsień pod majtkami - wydała mi się psem podkulającym ogon w obawie przed kolejnym ciosem.

Odczułem coś nieprawdopodobnego - przez chwilę, potrzebną co najwyżej na mrugnięcie okiem, stałem się nią, stojącą na peronie Dworca Centralnego. Wtedy, na ruchomych schodach, dotarło do mnie, że nie mogła poczekać na lotnisku! Jednak zupełnie nie rozumiem - dlaczego tak czułem!?

Nie umiem nazwać ani przedstawić tej niezwykłej mieszaniny emocji. Takie uczucie już znałem. Podobną bezradność pomieszaną ze zwątpieniem przeżyłem w wojsku, gdy z dna kotła z gęstą grochówką próbowałem bezskutecznie wyłowić swoją ślubną obrączkę, a palce natrafiały jedynie na drobne wieprzowe kości.

Powiedziałeś mi kiedyś, że mam prawo zadawać pytania, a ty, w miarę swoich umiejętności, postarasz się na nie odpowiedzieć bez nadużywania terminów psychologicznych, które mądrze brzmią, a w gruncie rzeczy nic nie tłumaczą z wyjątkiem niewiedzy samego terapeuty.

Pragnę zrozumieć! Chcę, wytłumaczenia - dlaczego tak postąpiła! Nawet, jeśli miałbym za tę wiedzę zapłacić nawrotem choroby - to, ta wiedza, jest tego warta.

Postępowałeś ze mną uczciwie i tylko dlatego przychodzę co tydzień, bo TUTAJ czuję się partnerem, a nie pacjentem.

W psychiatryku byłem jedynie workiem do łykania kolorowych pastylek, który na pytania 'co to jest' otrzymywał odpowiedź: "po co ci to wiedzieć, skoro kuracja postępuje we właściwym kierunku?". Dopiero TY dałeś mi świadomość, że to JA muszę zwalczyć chorobę - a nie lekarstwa. Stałem się człowiekiem...

Nawet, jeśli to była tylko twoja manipulacja w celu uaktywnienie pacjenta, to odniosła skutek.

Dziś chcę za wszelką cenę zrozumieć, dlaczego tak wypadło spotkanie na lotnisku. Czemu nie mogła mi zaufać i poczekać 5 minut?

Jestem mechanikiem precyzyjnym i chcę, abyś przedstawił mi ten mechanizm, tak przystępnie, jakby chodziło o budowę dyferencjału. Tylko nie mów mi, że są rzeczy, które należy przyjąć bez tłumaczenia.

Chcę abyś pokazał, co we mnie jest zepsute i jak można to coś naprawić. Co jeszcze muszę w sobie zmienić, aby ludzie zaczęli mnie traktować poważnie?

Wytłumacz mi! Proszę!


Tak, masz w zupełności rację! Są na ziemi rzeczy, których nie da się wyjaśnić, a rozkładanie ich na czynniki pierwsze - do niczego nie prowadzi. Czasem lepiej jest nie dociekać przyczyn zachowań ludzi. Jeśli postępują irracjonalnie - należy się z tym pogodzić, bo inaczej - nie jeden zwariował.


Proszę! Nie kpij ze mnie! Mnie naprawdę nie jest do śmiechu. Mam za sobą wiele nieprzespanych nocy.


Właśnie o tym mówię - jeszcze kilka dni i padniesz jak pies Pluto. Wpierw zaakceptuj, a potem szukaj rozwiązania. To, co teraz robisz, to blokujesz swój umysł oskarżając na przemian siebie, ją i jakiś tam wymyślony świat. Jeśli chcesz rozwiązać zagadkę - zdystansuj się do sprawy. Nie można obejrzeć koszuli, jeśli się jej nie zdejmie.


Oczywiście, że można - w lustrze.


Ale ty chcesz ją obejrzeć bez zdejmowania! Ja mam być twoim lustrem?


Dokładnie! Pokaż mi moje odbicie!


Jeśli chcesz - będę twoim krzywym zwierciadłem.


Powiedz, gdybyś stał w tym korku nie pięć minut, a dajmy na to całą godzinę i po przyjeździe na lotnisko zobaczył, że ona nadal czeka na ciebie - co byś zrobił? Oczywiście nie macie już szansy zdążyć na ostatni pociąg.


Bez słowa zawiózłbym ją do Krakowa!


Tego się spodziewałem! Nawet nie przyszło ci do głowy najprostsze rozwiązanie: przenocować ją u siebie! Może nic by się nie stało, gdyby pojechała następnego dnia. Kim jest dla ciebie?


Jest najwspanialszym psychiatrą jakiego spotkałem w życiu. Pomogła mi w najcięższym momencie, gdy Tereska rozbiła mnie na kawałki. Wystarczyło jedno "proszę", a poświęciła mi całą noc i posklejała do kupy.


A czy ona kiedykolwiek poprosiła cię o coś?


Oczywiście tak! Wiele razy. Ostatnio na przykład chciała przecież, abym ją odebrał z lotniska.


Powiedziałeś 'ona chciała'. Przypomnij sobie w jaki sposób to zrobiła! Czy wymówiła słowo "proszę"?


Nie... Masz rację! Zapytała: "czy odbierzesz mnie z lotniska?" Tak samo było poprzednio... To nie była prośba, ale pytanie: "czy będziesz czekał na mnie na dworcu?" Ty coś już wiesz! Powiedz wreszcie, o co tu chodzi?


Nie tak prędko. Na razie mamy za mało danych. Jeszcze kilka pytań, abyś zrozumiał. Czy kiedykolwiek coś cię w niej zaskoczyło. Co ci się przypomina? Pierwsze skojarzenie!


Pamiętam jedno zdanie wypowiedziane, gdy wspominaliśmy tamten nieszczęsny kurs. Coś w rodzaju: "to były tak intensywne emocje". Zdziwiło mnie, bo uważałem, że dla niej, to była 'bułka z masłem', a nie horror.


Potrafi panować nad swoimi uczuciami lepiej od ciebie?


Oczywiście!!! Jest przecież psychiatrą!


Uważasz, że psycholog lub psychiatra inaczej czuje? Pianista nie potrafi zachwycać się pięknem muzyki dlatego, że umie czytać nuty, a ginekolog nie podnieca się na widok pięknej kobiety?


A co tak nie jest?... Przecież to WY, terapeuci, wysłuchujecie naszych najtragiczniejszych opowieści bez mrugnięcia okiem.


A chciałbyś, abym płakał rzewnymi łzami nad twoim losem?


No nie. Ale WY psycholodzy, zachowujecie kamienną twarz, jakbyście nic nie czuli.


Nie spostrzegłeś, jak często żartuję? Pamiętasz, jak serdecznie ostatnio śmiałem się z tego kawału o żabie i kaczorze?


Ale wszystkie smutne, trudne historie, spływają po tobie jak po kaczce.


Zimny człowiek nie może być terapeutą!


Psycholog pracuje "sobą" - jest papierkiem lakmusowym uczuć pacjenta. Im jest czulszy - tym łatwiej mu wykryć najmniejsze zmiany stanów emocjonalnych.


Ludzie przyjmują ochoczo ogromną ilość radości, szczęścia, przyjemności, a zazwyczaj nie radzą sobie ze smutkiem, goryczą, złością.


Moja praca wytworzyła we mnie coś, co przypomina ogromny kontener na śmieci - on się tak szybko nie przepełnia. Nie brzydzę się odpadków i to ułatwia mi oddzielanie ich od surowców wtórnych. Jestem śmieciarzem fachowcem - po odgłosie upadającej butelki, potrafię rozpoznać po jakim ona jest soku.


Grzebiąc się w odpadach można przesiąknąć ich smrodem!


Można! Zdarza się. Wtedy psycholog przejmuje rolę ' boga'. Wydaje mu się, że ma prawo tworzyć osobowości pacjentów.


Te śmieci nie przeszkadzają ci zaznać pełni życia?


Czy lepiej ci się prowadzi samochód, gdy wiesz jak zbudowany jest silnik, jak działa sprzęgło? Czy nie miałbyś więcej przyjemności z prowadzenia autka, będąc zupełnym laikiem samochodowym? Wyobraź sobie, że pod oknem stoi jakiś zupełnie nieznany ci model samochodu. Oto kluczyki do niego. Co musisz wiedzieć zanim odjedziesz?


A, czy on ma automatyczną skrzynię biegów?


Już 'nieświadomie' zadałeś pytanie! No powiedzmy, że ma zwykła skrzynię biegów. Czy to ma jakieś znaczenie?


Oczywiście, że tak! Przecież zupełnie inaczej prowadzi się automat, zupełnie inaczej z przednim napędem, a inaczej z tylnym. Dobrze wiesz, tylko robisz mnie w konia.


Wcale nie robię cię w konia, tylko usiłuję ci wytłumaczyć, że im więcej wiesz o samochodzie, tym więcej masz przyjemności z jazdy, bo bezpieczniej się czujesz. Podobnie jest ze wszystkim - także z twoją znajomością. Ona czuje i przeżywa tak samo jak ty.


Co chcesz przez to powiedzieć?


Widzisz w niej psychiatrę, a nie potrafisz dostrzec kobiety.


Uważasz, że miałem na nią chęć?


A co, nigdy nie spróbowaliście pobaraszkować?


Przecież ona ma męża i córkę! Ona jest tylko moim najlepszym przyjacielem!!!


Uważaj, zapluwasz się! Powiedziałem tylko, że jest kobietą - co musi być prawdą, skoro ma dziecko, a ty od razu stanąłeś w obronie jej czci. Co byłoby nienaturalnego w tym, gdybyś zapragnął?


Coś insynuujesz?


Przecież zależy ci na niej. Gdybyś to mnie miał odebrać z lotniska i ja bym nie poczekał - to też nie przespałbyś trzech nocy?


A poczekałbyś?


Oczywiście, że tak. Tym bardziej, że rozmawialiście przed odlotem samolotu. Zapewne wcześniej nie wystawiłeś jej do wiatru i nie miała powodu przypuszczać, że zapomniałeś o jej przyjeździe. Może miała jakiś powód...


Ale jaki?


Twoje zachowanie wszystko tłumaczy.


Co chcesz przez to powiedzieć?


Nic nie chcę 'przez to' powiedzieć! Ty przyszedłeś, aby czegoś się dowiedzieć, a w chwili, gdy dochodzimy do sedna sprawy wściekasz się. Próbujesz wyciągnąć ze mnie jakieś informacje, a nie jesteś do końca szczery.


Powiedziałem ci wszystko!


Nie! Nie wszystko. Nie opowiedziałaś jak wyglądało wasze spotkanie!


Staliśmy naprzeciwko siebie milcząc, jakbyśmy obydwoje czuli się winni. Nie odzywaliśmy się chyba ze trzy minuty. Potem odjechała.


Co z jaśkiem? Przyjęła?


Tak.


I co?


I nic - pojechała.


Ty też już możesz wyjść - nie mam chęci na dalszą rozmowę.


O co ci chodzi? Obraziłem cię?


Nie, tylko szkoda mi czasu, taka rozmowa to śmieć!


Powiedziałem ci wszystko!


Nie jesteś uczciwy! Chcesz dostać całą prawdę za połowę opowieści. Pół prawdy nie istnieje! Próbujesz być jak kura, która pragnie znieść jajko w dwóch kawałkach, aby sobie 'na raz' nie rozerwać tyłka.


Może nie powiedziałem wszystkiego, ale pominąłem tylko drobne szczegóły...


Beton składa się w 80% z drobnego piasku!


Dobra! Wygrałeś, śmieciarzu!

No więc... Jak staliśmy tak naprzeciwko siebie ... to ja ... patrzyłem ... nie o to chodzi ... Obejmowałem tę poduszkę tak, jakbym ją obejmował. Powiedziałem - to miał być żart: "to zamiast kwiatków na powitanie, wiesz przecież, że zawsze najbliższa mi była twoja dupa"...


Jak to przyjęła?


Podziękowała, wzięła jasiek i przytuliła do siebie ... jakby to nie była poduszka ... jakby to było dziecko ... nasze dziecko ... tak mi się wtedy wydawało. Nadjechał pociąg. Pomogłem jej wsiąść. Położyłem plecak na półce ... staliśmy na korytarzu ... na pożegnanie pocałowała mnie w policzek ... przytuliła się ... pierwszy raz ... jeszcze nigdy się do mnie nie przytulała.


Wcześniej nie było między wami czułych gestów?


Właściwie nie. Z wyjątkiem trzymania się za ręce. Potrafiliśmy godzinami trzymać się za ręce. Na spacerze, podczas rozmowy, w kinie - właściwie to zawsze trzymaliśmy się za ręce - nawet podczas wykładów trzymaliśmy się za ręce.


Co wtedy czułeś?


Na początku - tylko czystą radość, ale po kilku dniach zrozumiałem, że to nie jest zwykłe trzymanie się za ręce, jak u przedszkolaków, że my swoimi dłońmi wyrażamy coś, do czego nie mamy prawa... Zacząłem się podniecać...

Na spacerze zapytałem, czy zdaje sobie sprawę z tego, że nie możemy posunąć się dalej, że nam nie wolno przekroczyć pewnej granicy?. Odpowiedziała coś w rodzaju: "wiem o tym, ale myśmy tę granicę już przekroczyli"...


Co dalej?


Nic. Nadal tylko trzymaliśmy się za ręce... Nasze palce stały się jak pacynki w teatrze kukiełkowym odgrywające dramat pożądania. My siedzieliśmy na wykładzie, tępo wpatrzeni w profesora, a nasze dłonie - kukiełki improwizowały różne odcienie namiętności.


Kochałeś ją wtedy?


Tak...ale...


Bez ale! Kochałeś czy nie?


Tak.


Nadal ją kochasz?


Nie. Teraz to już jest tylko czysta przyjaźń?


Wcześniej nie była czysta?


Zawsze była czysta! Teraz pozostała przyjaźń.


A ona?


Nie wiem


A jak myślisz?


Chyba czuła podobnie.


Czy to oznacza, że pragnęła cię również fizycznie?


Nie wiem. Nigdy więcej na ten temat nie rozmawialiśmy. Bałem się tego. Bałem się, że może nas zacząć zbyt dużo łączyć, a wtedy obydwoje... Że zabrniemy w ślepą uliczkę. Ona przecież ma córkę i męża. Bardzo kocha dziecko. Jej mąż jest wysoko postawiony - nie dałby rozwodu. Przeżyłaby piekło....

Mimo, że go nie kochała - zawsze dobrze się o nim wyrażała - jednak odniosłem wrażenie, że on jest zazdrosnym despotą. Byli bardzo różni, a z czasem stali się sobie obcy. Każde zajmowało się swoimi sprawami. Jedynym pomostem porozumienia została córka.


Czemu nie spróbowaliście?


Chyba obydwoje baliśmy się, że możemy obudzić coś, co nas przerośnie, co nie pozwoli już nigdy normalnie żyć. Znaleźlibyśmy się w sytuacji bez wyjścia - może nawet znienawidzilibyśmy się nawzajem...


Ciekawe....


Co ciekawe?


Ciekawe, ty mnie podejrzewasz o brak uczuć, a zapanowałeś nad swoim pożądaniem do tego stopnia, by nawet nie dążyć do spełnienia tylko dlatego, że bałeś się zaryzykować.


Czasami myślę, że nie jestem normalny. Nie zaryzykowałam, nie poszedłem za uczuciem, za pożądaniem. Jeśli normalność ma polegać na czerpaniu przyjemności - bez liczenia się z ryzykiem unieszczęśliwienia tego, kogo się kocha - to nie chce znormalnieć.


Kto stwierdził, że nie jesteś normalny?


Mam takie obiekcje, czytając książki o asertywności. Uczą w nich: kochaj siebie, idź za głosem pragnienia, bądź sobą, myśl o swoim szczęściu...


Równie dobrze decyzja, którą podjąłeś, mogła być jedyną drogą nie prowadzącą do zgliszczy...

'Na pocieszenie' przypomniała mi się pewna historia.

W zeszłym roku dałem swojej ciotce, osobie o wysokim o sobie mniemaniu, na imieniny żelazko turystyczne. Takie małe cacuszko, które, po złożeniu rączki, zajmuje niewiele miejsca w walizce. Była zachwycona tym niebanalnym prezentem. Po kilku miesiącach opowiedziała mi, że niestety żelazko zepsuło się na urlopie, gdy było najbardziej potrzebne. Zamiast grzać, po włączeniu do gniazdka, jak prawdziwe żelazko, było jedynie ciepłe i nie nadawało się nawet do prasowania jedwabiu. Musiała pożyczyć w hotelu inne, aby pójść na bankiet w nie wygniecionej bluzce.

Cioteczka poinformowała mnie, że ten, 'drogi jej sercu', prezent oddała do warsztatu. Teraz jest już sprawne i zapewne będzie jej dobrze służyć, podczas następnych urlopów.

Z opowieści wynikło, że moja kochana krewna poniosła jeszcze inne niepotrzebne koszty, bo musiała, będąc na Malorce, dokupić do niego adapter - wtyczka nie pasowała do hotelowego gniazdka. Wtedy coś mnie tknęło. Przypomniałem sobie, że w niektórych miejscowościach tej przepięknej wyspy sieć elektryczna jest jeszcze na 110V. Poprosiłem, aby mi pokazała żelazko.

Moje przypuszczenia okazały się prawdziwe. Podczas 'naprawy' nie zadano sobie nawet trudu, aby zerwać oryginalną plombę, tylko wystawiono rachunek za wymianę elementu grzejnego.

Żelazko posiadało fabrycznie zamontowano przełącznik dostosowujący go do pracy w sieci 110 lub 220V.

Przedmiot okazał się 'drogi' nie tylko jej sercu, ale też obiektywnie rzecz biorąc, ponieważ za 'naprawę' cioteczka zapłaciła wielokrotnie więcej - niż ja za to cacuszko zakupione na bazarze od turystów ze Wschodu.

Cóż, tak to już jest na tym świecie, że fachowcy bardzo lubią naprawiać sprawne przedmioty a lekarze przepadają leczyć zdrowych ludzi.

Dlatego, bez najmniejszych oporów wewnętrznych przyjmę od ciebie standardową opłatę za 'konsultację psychologiczną'.


Z radością zapłacę za tę opowieść, przy pomocy której chcesz mnie przekonać, że jestem jak to żelazko i niepotrzebnie wydają pieniądze na terapię?


Dokładnie tak!


Dziękuję, to bardzo miło usłyszeć, że ktoś uważa mnie za normalnego.

Nadal jednak nie otrzymałem odpowiedzi na pytanie: co było motorem jej zachowania?


Z tym zagadnieniem powinieneś skierować się raczej do mechanika samochodowego. On się zna na motorach.


Nie zabawiaj się moim kosztem, a po prostu wytłumacz.


Jeśli nadal nie wiesz - to znaczy, że za chwilę to zrozumiesz!


Powiedz mi: czemu nie poczekała?


Ustalmy wpierw jedno: czy ty chcesz, abym ci powiedział, czy raczej wolisz zrozumieć?


Powiedz mi to - chcę zrozumieć!


Powtórzę pytanie. Masz do wyboru, jedno albo drugie, usłyszeć lub zrozumieć! Co wybierasz?


Zrozumieć...


To posłuchaj. Bardzo dawno temu, kiedy jeszcze Mur Berliński dzielił Europę na dwie zupełnie...


Ale...


Nie przerywaj - skoro wybrałeś 'zrozumieć' - tylko słuchaj! A więc zacznę od początku. Dawno temu, gdy studiowałem w Wiedniu, codziennie rano idąc na wykłady, przechodziłem koło niedużego sklepu sportowego na Schwedenplatz.

Codziennie wracając z uczelni, przystawałem przed wystawą i długo przyglądałem się przepięknym wrotkom z łożyskowanymi kółeczkami, opalizującym w świetle zachodzącego słońca.

Od dziecka marzyłem o takim sprzęcie, umożliwiającym jazdę po lodzie - bez użycia lodu. Niestety, los jakoś tak niezręcznie pokierował moim dotychczasowym życiem, że nigdy nie nauczyłem się jeździć na łyżwach. Zapewne dlatego też moje marzenia przerodziły się z wiekiem w prawdziwą obsesję. Tak to w końcu bywa, że czasami to co niespełnione, wydaje się nam najpiękniejsze...

W pogodne dni siadałem w Stadtparku na ławce, z Freudem lub Jungiem na kolanach, by w cieniu drzewa przygotowywać się do sesji. Nic tak bardzo nie rozpraszało wtedy mojej uwagi ani rozwrzeszczane dzieciaki, ani długonogie dziewczyny, ani wózki z włoskimi lodami w 27 różnych smakach. Tylko wrotkarze. Marzyłem o jeździe na wrotkach, jak pies o parówkach.

Śniły mi się po nocach. Już nawet zaczynałem się obawiać, że coś ze mną nie jest w porządku. Jednak wszystko było tak jak należy, to tylko przemęczenie egzaminami, nauką oraz korepetycjami dawanymi tępym, acz dobrze urodzonym gimnazjalistom, powstrzymało na jakiś czas polucje.

Pewnego pięknego poranka, gdy obudziłem się w mokrej pidżamce, listonosz przyniósł mi honorarium za opowiadanko, które wysłałem pół roku wcześniej do czasopisma czytywanego przeważnie przez gospodynie domowe i zdążyłem już o nim zapomniałem. Sumka była niebagatelna jak na moją studencką kieszeń - dokładnie ta sama suma jak cena najpiękniejszych błyszczących wrotek na wystawie maleńkiego sklepu sportowego.

Nabyłem je drogą kupna!

Niestety, rankiem następnego dnia przyjechał niespodziewanie mój kolega z Polski. Też student, tylko że fizyki - ale za to również biedny jak ja. Już na wstępie poinformował mnie o planie zwiedzania Wiednia - miał tak szczegółowo dopracowany rozkład, że niejedna osoba o słabszej kondycji musiałaby na taki program poświęcić co najmniej miesiąc, a on miał tylko tydzień przed rozpoczęciem praktyk wakacyjnych.

Na śniadanie zjedliśmy suchy chleb, popijając go czerwonym winem. Na stole, wśród okruchów, leżały dziewicze jeszcze wrotki. Gdy powiedziałem, ile za nie zapłaciłem, zakrztusił się i musiałem z całej siły walnąć go w plecy, aby przywrócić znowu do życia. On mógł za tę sumę nabyć u siebie nowy motocykl.

Oczywiście mój serdeczny przyjaciel z dalekiego kraju jako dziecko jeździł na wrotkach, a tego się nie zapomina - co najwyżej: 'potrzeba kilku minut, aby powrócić do dawnej wprawy'. Poprosiłem nieśmiało, aby wykroił chwilkę ze swojego planu zwiedzania i nauczył mnie podstaw tej niezwykłej sztuki utrzymywania równowagi na kółkach, które ciągle uciekają spod nóg. Ochoczo wyraził natychmiastową gotowość pokazania ('durnemu kasztanowi' - jak to miał w zwyczaju wyrażać się o osobach tej samej narodowości co ja) jak to się utrzymuje, wbrew wszelkim zasadom zdrowego rozsądku, pozycję pionową. Po pięciu minutach byliśmy już w parku.

Na początku przedstawił mi teorię jazdy z punktu widzenia fizyka, czyli umiejętność utrzymania "równowagi chwiejnej". Potem odbył się pokaz praktyczny. Założył wrotki i zrozumiałem, dlaczego ten rodzaj równowagi nazywa się 'chwiejny'. Zapewne przez lata, które minęły od momentu, kiedy ostatni raz miał wrotki na nogach, utracił nieco wprawy, jednak nie zgubił nic z pewności siebie. Za każdym razem, gdy próbowałem mu pomóc powrócić do pozycji nieco bardziej pionowej, natychmiast wydawał okrzyki: "nie pomagaj mi, sam sobie dam radę, ja umiem jeździć, zabierz rękę, nie dotykaj mnie". Najwyraźniej był niezwykle samodzielny i nie potrzebował niczyjej pomocy!

Dałem spokój i zaprzestałem dalszego narzucania swojej zbędnej, jak mnie zdołał przekonać, pomocy. Zająłem miejsce siedzące na ulubionej ławeczce i obserwowałem coraz to sprawniejsze wygibasy mistrza wrotek i samodzielności. Po około 15 minutach, arcymistrz wydawania okrzyków "dam sobie radę", zawadził o ziarenko piasku leżąc na nieodkurzonej alejce i wykonał niezwykle efektowny jednak niedokończony potrójny loop, czyli mówiąc inaczej - walnął tyłkiem o trotuar.

Odgłos upadku był tak donośny, że wszystkie dzikie kaczki ze stawu, znajdującego się na środku Stadtparku, poderwały się z rozpaczliwym krzykiem do lotu. Niby to tylko ptak, a ileż w nim empatii!

Nic sobie nie połamał, a jednak droga powrotna do domu zajęła nam ponad trzy godziny.

Tak głębokiego odcieniu fioletu i to w dodatku umieszczonego nie na obrazie znanego impresjonisty flamandzkiego, a na dupie przedstawiciela gatunku homo sapiens - jeszcze nie widziałem i zapewne już nigdy nie będę miał okazji podziwiać.

Gdy po 168 godzinach, czyli mówiąc inaczej, po tygodniu leżenia w całkowitym bezruchu na brzuchu, gdy okłady przygotowane z najróżniejszych ogólnodostępnych specyfików takich jak miód utarty z czosnkiem, serwatka roztrzepana z białkiem i cukrem waniliowym, sok z cebuli rozcieńczony octem z dodatkiem mydła lawendowego i inne podobne (lecz jeszcze silniej) śmierdzące mikstury, wykonane ochoczo w celu własnoręcznego zaaplikowania przez zaprzyjaźnione studentki medycyny, spowodowały, iż ta szlachetna, choć nie wystawiana zazwyczaj na widok publiczny część ciała mojego przyjaciela przybrała barwę gnijącej pomarańczy - udaliśmy się (spacerkiem pod rękę) na dworzec kolei żelaznej. W chwili, kiedy pomagałem mu ulokować się w pociągu powrotnym do ojczyzny - jakoś zapomniał o wypowiedzeniu sławetnego: "nie pomagaj mi - sam sobie dam radę".

Na pamiątkę 'zwiedzania' miasta nad Dunajem uznawanego błędnie za centrum kultury europejskiej, zamiast za centrum światowej sztuki pielęgniarskiej - dałem mu wrotki. Cieszył się z tego prezentu jak dziecko, któremu po długotrwałej diecie zamieniono kleik na lody waniliowe, obficie polane sosem czekoladowym...

Po latach dowiedziałem się od jego żony, że natychmiast, gdy tylko wysiadł we Wrocławiu, jeszcze na dworcu, oświadczył się, a następnego ranka zamienił raz używane wrotki - na pierścionek zaręczynowy i dwie nieużywane flaszki wódki.

Koniec.


Fajna historyjka, ale co ona ma wspólnego ze mną?


Z tobą - oczywiście najzupełniej nic!


Czy chcesz przez to powiedzieć, że twój kolega nie potłukłby się tak bardzo, gdyby nie udawał samodzielności i nie wołał 'sam sobie dam radę', a skorzystał z pomocy?


Prawdopodobnie.


Trzeźwi alkoholicy z AA wspominają, że najtrudniejsze na początku terapii były dla większości z nich ćwiczenia z padania na plecy. Przeżywali ogromny, wprost paraliżujący strach. Nie potrafili uwierzyć, że w ostatniej chwili osoba ubezpieczająca uratuje ich dupę przed rozbiciem o materac.


Po co się to trenuje?


Aby odbudować przekonanie, że można liczyć na pomoc innych ludzi. "Nikt nie jest wyspą".


Gdy tak soczyście wymawiałeś 'dupa', przyszło mi na myśl porównanie. Pośladek kojarzy mi się nie tylko z seksem, ale również w pewien szczególny sposób z trawieniem. Zatwardzenie, czyli nie wydalanie kału, jest w stanie wywołać poważną chorobę. Czy, analogicznie rzecz biorąc, nie odreagowywanie negatywnych emocji, które są dla nas jak gówno, może spowodować jakąś dolegliwość psychosomatyczną?


A jak Ci się wydaje?





Warszawa 2000-07-07...12
Wiedeń 2003-07-23


 powrót

Andrzej Setman